Pisali o nas: "Bezpłatny tygodnik poznański", 2 września 2002, nr 9,

POCZUĆ KRAJOBRAZ

Kiedyś mówili mu, że niewidomy może dokładnie tyle samo co każdy inny człowiek. Tłumaczyli, że niczym nie różni się od osób widzących. Nie uwierzył. Wiedział co to znaczy być niewidomym.

Dzisiaj sam przekonuje ludzi z wadami wzroku, że mogą dużo więcej niż im się wyda­je. Nie wszystko, ale przynajmniej tyle, żeby móc żyć normalnie.

Dawniej, o takich jak on mówiło się społecznik. Dzisiaj nie ma chyba takiego dobrego słowa, aby zawrzeć w nim wszystko, czym kieruje się i co robi Paweł Piechowicz. On sam mówi o sobie, że organizuje wycieczki. Zaraz potem dodaje, że wycieczki dla wszystkich - także niewidomych i niepełnosprawnych. No i jeszcze, że to wszystko po to aby oni w końcu uwierzyli w siebie, przełamali własny lęk, wyszli z domu i spróbowali żyć normalnie. Klub turystyczny „Razem na szlaku"-, powstał w 1998 roku i liczy w tej chwili stu członków. Było więcej, ale w tym roku Paweł Piechowicz wykreślił z zeszytu nazwiska 60 osób. Nie potrzebuje martwych dusz. Nazwisk, które ładnie wyglądają w statystykach. Potrzebuje tych, którym może pomóc, którzy tego potrzebują i takich, którzy mogą pomóc innym.

Po co to wszystko?

Jest jedno pytanie, którego pan Paweł nigdy nie usłyszał od ludzi, wśród których starał się zdobywać pieniądze na wyprawy swojego klubu. Nikt nigdy nie zapytał po co niewidomym wycieczki. Czym różni się dla nich Kraków od Wrocławia, Wrocław od Kielc, a zachód słońca nad morzem od siedzenia na ławce w parku. Po co niewidomi wspinają się na Babią Górę, męczą się w Bieszczadach i po co siedzą godzinami w autokarze, żeby odwiedzić Wiedeń czy Budapeszt.

Ale to akurat jest proste. Przecież pozostają im jeszcze inne zmysły. Zachód słońca nad morzem jest wtedy, gdy przestajesz czuć na twarzy, najlżejszy nawet, promień słońca, a od wody zrywa się delikatna bryza. Babia Góra to pot, który płynie po plecach, kamienie pod nogami i taka dziwna satysfakcja, gdy ktoś w końcu powie ci, że doszedłeś na szczyt. A Wiedeń to dla mnie miasto starców i turystów. Pulsuje jakimś wolnym rytmem, szumi wieloma językami, wśród których nie słychać gwaru dziecięcych krzyków. Jest stateczne i ułożone. Zupełnie inne niż Budapeszt, który też odwiedziliśmy w tym roku - mówi pan Paweł, wspominając ostatnią wycieczkę klubu „Razem na Szlaku". Odwiedzili Wiedeń, Budapeszt i Bratysławę. Nie dopisała tylko pogoda. Każdą z trzech stolic zwiedzali w strugach deszczu. Gdy zaczynał organizować tę wycieczkę ludzie pukali się w czoło. Zwiedzenie trzech miast w cztery dni to nie był nawet plan ambitny. To było nierealne. No i cena. Paweł Piechowicz chciał aby koszt wyjazdu nie przekroczył 500 złotych. Najtańsze biuro zażądało prawie 700. A ja nie organizuję wycieczek dla garstki zamożnych ludzi. To co robię musi być dostępne dla każdego. Jeżeli rencista dostaje 600 złotych to musi go być stać na wycieczkę. Takie mam założenia - wyjaśnia Piechowicz. 10 sierpnia w autobusie siedziało 49 osób. Więcej miejsc nie było. Każda z osób zapłaciła za wyjazd 430 złotych. No i udało się zwiedzić wszystkie miasta.

Codzienny tor przeszkód

Aby uczestniczyć w organizowanych przez klub wycieczkach, trzeba zrobić jedną podstawową rzecz. Wyjść z domu. Nie dla wszystkich jest to proste. Paweł Piechowicz nie wie ile osób z wadami wzroku mieszka w Poznaniu. Twierdzi, że kilkaset, ale wie, że wielu z nich ma kłopoty z normalnym życiem.

- Żeby wziąć udział, w jakiejkolwiek naszej wycieczce, trzeba dojechać na miejsce zbiórki. Mnie nie interesuje jak ktoś to zrobi. Może zamówić taksówkę, pojechać tramwajem, albo przyjść pieszo.

Gdy już będzie z nami gwarantujemy mu opiekę i przewodnika. Ale pierwszy krok -musi zrobić sam - mówi. Sam widzi jak zmieniają się ludzie, którzy biorą udział w wyprawach klubu. Stają się bardziej pewni siebie, samodzielni, wychodzą z ukrycia. Podczas wycieczek muszą przełamywać własne lęki i strach. Nabierają zaufania do innych ludzi. - Bo na co dzień niewidomy jest zjawiskiem. Wiem, że ludzie patrzą na rnnie, obserwują. Gdy wysiadam z tramwaju to prawie widzę te pełne napięcia twarze – walnie w ten słup naprzeciwko drzwi czy nie. Nie walnął - trudno. Paweł Piechowicz wyjaśnia, że czasami przejście przez ulicę w Poznaniu jest trudniejsze niż wejście na Babią Górę. Kiedyś wykopy były otaczane drewnianymi barierkami. Teraz ich miejsce zastąpiły smętnie zwisające linki, których żaden niewidomy nie wyczuje laską. Taki codzienny tor przeszkód.

Czy to bezpieczne

Podczas jednego z noworocznych wyjazdów pan Paweł zorganizował kulig zakończony ogniskiem. Wszystkie szczegóły łącznie z trasą ustalił przez telefon. Zapomniał wspomnieć tylko o jednym. Że na małych wywrotnych sankach usiądą niewidomi. Gdy usłyszał, że pod kwaterę w której mieszkali podjechali górale odruchowo chwycił swoją białą laskę i wyszedł się przywitać. Po ciszy spowodowanej konsternacją usłyszał od górali, że niewidomych nie powiozą. Bali się tego co się może stać gdy ktoś wypadnie z sań. Bali się właściwie wszystkiego. Niewidomi na sankach to było coś co przekraczało ich wyobraźnię - opowiada. Przeważył argument finansowy. Kulig był opłacony, a pieniądze od niewidomych są dokładnie takie same jak od widzących. Nikt nie spadł z sań, nikt się nie zgubił, a górale przy ognisku stwierdzili, że nigdy nie widzieli tak doskonale bawiących się ludzi. I oczywiście obiecali, że gdyby jeszcze kiedyś jakiś kulig, to oni oczywiście bardzo chętnie - wspomina pan Paweł.

Ta historyjka to właściwie standard. Początek jest zawsze taki sam. Jak nie bać się o dwudziestu niewidomych idących górskim szlakiem. A w historii klubu zdarzył się tylko jeden wypadek. Dziewczyna skręciła nogę w Bieszczadach i, jak twierdzi Paweł Piechowicz, sama była sobie winna, bo zamiast wygodnych butów uparła się, żeby maszerować w sandałach.

Najbezpieczniejsze jest za to na pewno leżenie na plaży. Pan Paweł zorganizował kiedyś taki turnus. Gdy pojechał odwiedzić wypoczywające tam osoby, okazało się, że ich jedynym zajęciem było wygrzewanie się na piasku.

- Mówiłem na nich wieloryby. Niczego nie zwiedzili, nigdzie nie byli. Jedyna trasa jaką pokonywali to z ośrodka na plażę. Ja bym tak nie potrafił, ale to oczywiście ich wybór.

Takie sobie marzenia

Aby wycieczka niewidomych miała sens potrzebny jest przewodnik, który zrozumie czego potrzebuje osoba niewidoma. Po to, by chociaż w części mogła wyobrazić sobie miasto, które zwiedza. Mniej istotne są daty, liczy się barwny jezyk, opis, tłumaczenie tego czego zwykłej wycieczce tłumaczyć nie trzeba.

- To duża sztuka. Na szczęście mamy takiego przewodnika, który jeździ z nami od kilku lat - ale, jak twierdzi Paweł Piechowicz, trudniej - niż przewodnika - zdobywać pieniądze na wyjazdy. W tym roku udało mu się zdobyć 3 tysiące złotych. Ofiarowała je jedna spośród stu firm, które dał radę odwiedzić. Jego marzeniem jest mieć 10 tysięcy rocznie, wtedy mógłby zrealizować wszystkie zaplanowane przez siebie wycieczki. No i jeszcze, żeby ludzie z wadami wzroku zechcieli zrobić pierwszy krok aby sobie pomóc. Przy drugim ktoś na pewno poda im rękę.

"Razem na szlaku"
tel.852-11-89
ul. 27 Grudnia 19
61-737 Poznań

Piotr Kaźnrierczak Fot. Archiwum


 

Logo klubu Razem na szlaku

Strona główna

Wielkopolski Turystyczny Klub
Niewidomych i Słabowidzących
"Razem na szlaku"


Ó Copyright by CyjSoftware in CyjLandia 1998 - 2006